Zjazdowy Trolejbus, więc założyłam, że będzie troszkę miejsca. Niesłusznie.
Usiadłam całkiem z tyłu, przy drzwiach. Przystanek czy dwa później wsiadła panienka z jakimś francuzem. Siedzą… gaworzą… Ona miejsce dalej, a on prawie na moich kolanach. Z wrodzoną sobie francuską galanterią wpakował dupę częściowo na moje siedzenie, aż wcisnęło mnie z wytrzeszczem w okno. Kreskówka normalnie! Potem uprzejmie odwrócił się do mnie plecami, nie omieszkując regularnie rąbać mnie łokciem, bo wciąż grzebał w plecaku. Zgłupiałam. Nawet nic powiedzieć nie mogłam, bo francuskiego ni w ząb.
Jakimś cudem dotarłam do mojego przystanku, aczkolwiek nieco zmiętolona. W desperacji rzuciłam po polsku „przepraszam” i wstałam. Francuski dżentelmen, zamiast wstać, przesunął kolana o dziesięć centymetrów.
Jakoś się przecisnęłam, ale nie bez trudu. Kidy już wysiadałam usłyszałam jego oburzoną reakcję na mój brak kultury:
- No merci…
No merci!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz