Wsiadłam do autobusu, zasiadłam sobie, a potem nie było dokąd wiać. Przede mną siedziały dwie panie w fioletowych czapeczkach. Ta starsza, w moherze, monologowała na temat swojego zdrowia, a w zasadzie jego braku. Musiałam, przez całe dwadzieścia minut jazdy, słuchać, co jej dolega.
- Pani, ja tą nerkę to mam już czterdzieści osiem lat! A to drugą to trzydzieści cztery. Prawdziwy cud, że żyję!
Cud. Zważywszy, że pani była widocznie po sześćdziesiątce. Tyle lat bez nerki...
A w drodze powrotnej wsiadło cud babisko w wieku średnim. Wsiadło i poprawiało najpierw sztywne jak plastik włosy (pewnie lakier jej w rękach wybuchł), a potem kopało zawzięcie w nosie, przekonane, że nikt nie widzi. Mniamuśne... :/
- Pani, ja tą nerkę to mam już czterdzieści osiem lat! A to drugą to trzydzieści cztery. Prawdziwy cud, że żyję!
Cud. Zważywszy, że pani była widocznie po sześćdziesiątce. Tyle lat bez nerki...
A w drodze powrotnej wsiadło cud babisko w wieku średnim. Wsiadło i poprawiało najpierw sztywne jak plastik włosy (pewnie lakier jej w rękach wybuchł), a potem kopało zawzięcie w nosie, przekonane, że nikt nie widzi. Mniamuśne... :/