Jechałam sobie spokojnie linią złoty pięćdziesiąt dwa (czytelnicy z Lublina miejcie litość i się nie śmiejcie… ja wiem, że ten sam numer linii kończy u was u normalnych inaczej ;p) i wzroku nie mogłam oderwać od kierowcy. Dziadyga jakiś zapuszczony, ale wydawało mi się, że tylko mi się wydaje ;p. Co chwilę, a dokładnie co przystanek, otwierał drzwi i wychodził przed autobus, bo chyba wyświetlany na tablicy napis mu się nie zgadzał. Tak patrzyłam i patrzyłam… i coś mi nie grało. Gdzieś w połowie trasy zaskoczyłam… był w dziurawych laczkach… takich zapuszczonych domowych… Człowiek miał wrażenie, że dociera do niego zapach śmierdzącego zapoconą stopą kapciucha :/. I jeszcze ten bałagan, który miał w szoferce… plus leżące luzem na podłodze śniadanie. Fuj!
Więcej z nim nie jadę! To może być zakaźne…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz